Ostatnio pisałem o nowym rozszerzeniu TCP Fast Open, stworzonym przez Google w ramach inicjatywy Make the Web Faster. Teraz przedstawię dwa kolejne projekty z tego laboratorium, to protokół połączeniowy SPDY i moduł do Apache mod_pagespeed.
TCP Fast Open skraca czas otrzymania pierwszych danych po nawiązaniu sesji TCP, to spory zysk jeżeli ilość pakietów pomnożymy przez np. milion. Nie zmienia to faktu, że przeglądarka używając bezstanowego protokołu HTTP za każdym zapytaniem musi nawiązywać nowe połączenie TCP. Nie prawda? Racja, w HTTP 1.1 jest Keep-Alive. Mało tego, jest też HTTP Pipelining (opisywałem), który pozwala wysyłać wiele zapytań HTTP jednocześnie, bez czekania na odpowiedzi wcześniejszych zapytań.
Jednak HTTP Keep-Alive i HTTP Pipelining są pewnego rodzaju doróbkami do archaicznej architektury protokołu HTTP, na podstawie której buduje się nowoczesny Web. Tak właśnie powstał SPDY (od SPeeDY). Zadaniem protokołu SPDY jest rozbudować HTTP o mechanizm nawiązywania stałych sesji, a nawet pozwala ustalać priorytety dla każdego połączenia. W czym pomoże SPDY i jak można zobaczyć poniżej.
Jeżeli chcesz, aby Twój serwer Apache obsługiwał protokół SPDY wystarczy, że zainstalujesz mod_spdy i skonfigurujesz mod_ssl, ponieważ SPDY działa tylko z https. Należy również otworzyć port tcp/443. Na stronie projektu opisany jest proces instalacji, która jest bardzo prosta, jej poprawność w Debianie sprawdzimy komendą:
apache2ctl -M
Jeżeli chcesz sprawdzić, czy jakiś serwer obsługuje SPDY skorzystaj z spdycheck.org. Natomiast co do obsługi SPDY w przeglądarce, to najlepiej sprawdzić na stronie producenta. Firefox ma dodatek, który na pasku adresu wskazuje, czy obecna strona korzysta ze SPDY.
Drugi moduł mod_pagespeed również ma poprawić prędkość ładowania stron w przeglądarce, ale jego obszarem działania jest zupełnie co innego niż w SPDY. Tu chodzi o optymalizację budowy strony, tzn zdjęć, kodu i wszystkiego co da się poprawić, aby jej przetwarzanie trwało krócej. Np. w ostatniej wersji dodano optymalizację związaną z możliwością rozwijania adresów innych serwerów za pomocą treści otrzymanych przez pierwszy serwer. Zaoszczędza to czas czekania na odpowiedzi serwera DNS. Krótko mówiąc mod_magespeed, to silnik do automatycznego wprowadzania sztuczek w kodzie strony, aby te były szybciej interpretowane przez przeglądarki, ale co ja będę pisał, najlepiej samemu zobaczyć.
Instalacja jest prosta, jej poprawność można sprawdzić w ten sam sposób, jak w mod_spdy. Tu jednak trzeba troszkę poeksperymentować z dostępnymi filtrami.
Zasoby:
SPDY
http://googlecode.blogspot.com/2012/01/making-web-speedier-and-safer-with-spdy.html
http://www.chromium.org/spdy/spdy-whitepaper
http://code.google.com/p/mod-spdy/
mod_pagespeed
http://code.google.com/p/modpagespeed/
http://googledevelopers.blogspot.com/2012/12/new-modpagespeed-cache-advances.html
Saturday, December 22, 2012
Thursday, December 13, 2012
Tradycyjne podsumowanie roku
Jak zwykle na swoim blogu prezentuję podsumowanie mijającego roku przez Google, na które czekałem z ciekawością. Niestety, w porównaniu do dwóch poprzednich lat ten klip nie zrobił na mnie takiego wrażenia. Może to nowe podejście do Zeitgeist przez Google. Oczywiście pisząc o tym, że moje oczekiwania trochę się zawiodły to konkretnie mam na myśli podkład muzyczny. Natomiast sam cel podsumowania wydarzeń minionego roku jak zwykle ma ukryty cel, chodzi o pokazanie jak te wydarzenia były relacjonowane przez sieć.
Dostępna jest również strona Zeitgeist 2012, na której można sprawdzić co w naszym kraju było najczęściej wyszukiwane w 2012 roku.
W rym roku podsumowania dokonała również fundacja Linuksa.
Jako podsumowanie roku 2012 polecam również obejrzenie Linux Kernel Report z konferencji LinuxCon Europe 2012, która odbyła się na początku listopada. Można tam usłyszeć o większość nowinek, w które jądro Linux zostało wyposażone w mijającym roku.
Dostępna jest również strona Zeitgeist 2012, na której można sprawdzić co w naszym kraju było najczęściej wyszukiwane w 2012 roku.
W rym roku podsumowania dokonała również fundacja Linuksa.
Jako podsumowanie roku 2012 polecam również obejrzenie Linux Kernel Report z konferencji LinuxCon Europe 2012, która odbyła się na początku listopada. Można tam usłyszeć o większość nowinek, w które jądro Linux zostało wyposażone w mijającym roku.
Thursday, November 1, 2012
Thursday, October 25, 2012
TCP Fast Open - wkład Google w szybsze połączenia
W czerwcu 2012 pisałem o nowym rozszerzeniu TCP zwanym Multipath, teraz napisze o nowym mechanizmie, który pozwoli na szybsze ładowanie się stron internetowych na pewno o 5-7%, a w niektórych przypadkach nawet o 30-40%! Już pewnie zastanawiasz się o które mechanizmy chodzi, ale może trochę źle się wyraziłem. Tu nie chodzi tylko o szybkość ładowania się stron internetowych, ale o szybkość nawiązywania wszystkich połączeń w sieci przez protokół TCP/IP.
TCP/IP to duma inżynierii prawie z przed 30-tu lat, gdy protokoły te były projektowane ich twórcy nie mieli pojęcia jak będzie wyglądała sieć dziś. Mimo wszystko zostały opracowane tak dobrze, że mimo iż cała sieć zmienia się całkowicie w przeciągu każdych kolejnych 10 lat, to wciąż działa na tym samym TCP/IP.
Google ma chyba największe i najlepsze "laboratorium" do przeprowadzania optymalizacji połączeń w sieci (klient-serwer). Mało która firma ma tak dużo obciążonych serwerów i do tego własną przeglądarkę. Ten zestaw tworzy wspaniałe laboratorium, w którym Google dostrzegł problem i postanowił pracować nad jego rozwiązaniem. Tak właśnie powstał między innymi TCP Fast Open.
Tam i z powrotem
Jak zapewne wiesz, protokół TCP (RFC 793) jest protokołem stanowym, dlatego musi nawiązać sesję przed przesłaniem danych. To nawiązanie jest zwane 3-way handshake (3WHS). Zanim serwer prześle treści do przeglądarki, klient musi wysłać pakiet SYN, a serwer na niego odpowiedzieć pakietem SYN-ACK. W tym momencie klient może już przesyłać pierwsze dane wraz z potwierdzeniem ACK. Dopiero po odebraniu tego pakietu serwer połączenie uważa się za nawiązane (ESTABLISHED) i przystępuje do wysyłania kodu strony dla klienta. Podróż pakietu od klienta do serwera i z powrotem określana jest mianem round-trip time (RTT), czyli czasem podróży tam i z powrotem.
Zauważ, że serwer HTTP jest bezstanowy, czyli każde żądanie jest dla niego indywidualne. Dlatego często trzeba nawiązywać nowe połączenia TCP, a każde takie nawiązanie zawiera w sobie koszt RTT.
Ile kosztuje RTT?
Wartość RTT jest celem dla mechanizmu TCP Fast Open, im większa ona jest, tym zysk jest większy. Dlatego warto dobrze zrozumieć istotę sprawy. Wyobraź sobie, że chcesz wybrać się do kina. Wcześniej jednak musisz pojechać do kina i zakupić bilet. Po otrzymaniu biletu, musisz wrócić do domu i z powrotem wrócić na film, o wyznaczonej porze. Tak w skrócie można zobrazować nawiązanie sesji TCP. W tym miejscu pominiemy fakt, że pierwszy raz bez sensu musisz jechać do kina tylko po to, aby kupić bilet. Skupmy się na tym, ile czasu tracisz przez to.
W rzeczywistym świeci wziąłbyś ze sobą zegarek i zmierzył czas, w świecie komputerów służy do tego program ping. Jeżeli ping-niesz różne strony, to w wyniku otrzymasz czas RTT. Jeżeli masz wolne łącze podróż pakietom zajmie więcej czasu. Ponadto należy pamiętać, że przeciętne strony wymagają wielu zapytań, często do różnych serwerów i w każdym z nich jest zawarty czas RTT.
Jak już wspomniałem wcześniej Google posiada największe "laboratorium", w którym dokładnie policzono jaki jest rzeczywisty koszt RTT.
Wykres przedstawia wyniki badań przeprowadzone na serwerach Google. Czerwony słupek reprezentuje procentowy koszt nowego trójstopniowego połączenia TCP, zielony to suma pierwszych i kolejnych zapytań w nawiązanych sesjach. Dla różnych usług Google te wartości są inne, ale jak widać w procesie wyszukiwania aż 15% czasu zabiera nawiązanie sesji TCP z serwerem.
Problem ten wcale nie jest nowy, po części rozwiązano go już wcześniej wprowadzając do protokołu HTTP mechanizm zwany Persistent Connection (RFC2616). Dla przykładu w serwerze Apache służy do tego dyrektywa KeepAlive, która jest domyślnie włączona. Również wszystkie przeglądarki implementują ten mechanizm.
Problem z Persistent Connection polega na tym, że o ile po stronie klient zasoby są raczej nie wykorzystywane maksymalnie, to po stronie serwera mechanizm ten zużywa bardzo dużo zasobów. Poza tym jak wynika z badań przeprowadzonych przez Google w 33% sytuacji mechanizm ten nie zdaje egzaminu. Wynika to z tego, jak obecnie złożone są strony internetowe i ze sposobu w jaki deweloperzy starają się przyśpieszyć ich ładowanie. Wiele serwisów korzysta z kilku równoległych połączeń, aby przyśpieszyć generowanie treści. Poza tym co raz popularniejsze urządzenia przenośne nie przechowują długo nieaktywnych połączeń z uwagi na mniejszą ilość zasobwów.
Persistent Connection to nie jedyny mechanizm przyśpieszenia protokołu HTTP, jest jeszcze HTTP Pipelining, o którym również pisałem wcześniej.
Pominąć 3WHS
Obecny standard TCP zezwala na wysyłanie danych wraz z pierwszym pakietem SYN, chociaż nie zezwala na wymianę danych przed zakończenie trójstopniowego połączenia. Dlatego postanowiono wykorzystać ten fakt i dodano do pakietu SYN tzw. prośbę o ciasteczko (cookie request) - przedstawia to schemat poniżej.
Implementacja
W każdym moim wpisie przychodzi czas na stwierdzenie, że GNU/Linux jest najlepszy :). W tym tekście ten czas przyszedł właśnie teraz. Przebrneliśmy przez tyle rzeczy tylko po to, abym znów mógł napisać, że Linux jest najlepszy. Właściwie czytanie tego tekstu można by rozpocząć od tego momentu, ale zapomniałem wspomnieć o tym na samym początku.
Tak więc, Linux jest obecnie pierwszym systemem, który będzie wspierał mechanizm TCP Fast Open. Do wersji jądra 3.6 dodano obsługę client-side, natomiast server-side została dodany do zbliżającej się wersji 3.7.
Obecnie TFO jest na poziomie wdrażania i testowania, istnieje propozycja standardu w IETF, co do której są oczekiwania, że w 2013 roku stanie się oficjalnym standardem. Na chwilę obecną trwają jeszcze rozważania nad propozycjami wdrożenia tego mechanizmu w przyszłości do innych systemów operacyjnych, zwłaszcza systemu Windows. Natomiast korzyści TFO będzie przynosił już niedługo, np. dla Google w samej serwerowni.
Zasoby:
"TCP Fast Open", CoNEXT 2011
"TCP Fast Open: expediting web services", lwn.net
"Let's make TCP faster", The Official Google Code blog
TCP/IP to duma inżynierii prawie z przed 30-tu lat, gdy protokoły te były projektowane ich twórcy nie mieli pojęcia jak będzie wyglądała sieć dziś. Mimo wszystko zostały opracowane tak dobrze, że mimo iż cała sieć zmienia się całkowicie w przeciągu każdych kolejnych 10 lat, to wciąż działa na tym samym TCP/IP.
Google ma chyba największe i najlepsze "laboratorium" do przeprowadzania optymalizacji połączeń w sieci (klient-serwer). Mało która firma ma tak dużo obciążonych serwerów i do tego własną przeglądarkę. Ten zestaw tworzy wspaniałe laboratorium, w którym Google dostrzegł problem i postanowił pracować nad jego rozwiązaniem. Tak właśnie powstał między innymi TCP Fast Open.
Tam i z powrotem
Jak zapewne wiesz, protokół TCP (RFC 793) jest protokołem stanowym, dlatego musi nawiązać sesję przed przesłaniem danych. To nawiązanie jest zwane 3-way handshake (3WHS). Zanim serwer prześle treści do przeglądarki, klient musi wysłać pakiet SYN, a serwer na niego odpowiedzieć pakietem SYN-ACK. W tym momencie klient może już przesyłać pierwsze dane wraz z potwierdzeniem ACK. Dopiero po odebraniu tego pakietu serwer połączenie uważa się za nawiązane (ESTABLISHED) i przystępuje do wysyłania kodu strony dla klienta. Podróż pakietu od klienta do serwera i z powrotem określana jest mianem round-trip time (RTT), czyli czasem podróży tam i z powrotem.
Zauważ, że serwer HTTP jest bezstanowy, czyli każde żądanie jest dla niego indywidualne. Dlatego często trzeba nawiązywać nowe połączenia TCP, a każde takie nawiązanie zawiera w sobie koszt RTT.
Ile kosztuje RTT?
Wartość RTT jest celem dla mechanizmu TCP Fast Open, im większa ona jest, tym zysk jest większy. Dlatego warto dobrze zrozumieć istotę sprawy. Wyobraź sobie, że chcesz wybrać się do kina. Wcześniej jednak musisz pojechać do kina i zakupić bilet. Po otrzymaniu biletu, musisz wrócić do domu i z powrotem wrócić na film, o wyznaczonej porze. Tak w skrócie można zobrazować nawiązanie sesji TCP. W tym miejscu pominiemy fakt, że pierwszy raz bez sensu musisz jechać do kina tylko po to, aby kupić bilet. Skupmy się na tym, ile czasu tracisz przez to.
W rzeczywistym świeci wziąłbyś ze sobą zegarek i zmierzył czas, w świecie komputerów służy do tego program ping. Jeżeli ping-niesz różne strony, to w wyniku otrzymasz czas RTT. Jeżeli masz wolne łącze podróż pakietom zajmie więcej czasu. Ponadto należy pamiętać, że przeciętne strony wymagają wielu zapytań, często do różnych serwerów i w każdym z nich jest zawarty czas RTT.
Jak już wspomniałem wcześniej Google posiada największe "laboratorium", w którym dokładnie policzono jaki jest rzeczywisty koszt RTT.
Wykres przedstawia wyniki badań przeprowadzone na serwerach Google. Czerwony słupek reprezentuje procentowy koszt nowego trójstopniowego połączenia TCP, zielony to suma pierwszych i kolejnych zapytań w nawiązanych sesjach. Dla różnych usług Google te wartości są inne, ale jak widać w procesie wyszukiwania aż 15% czasu zabiera nawiązanie sesji TCP z serwerem.
Problem ten wcale nie jest nowy, po części rozwiązano go już wcześniej wprowadzając do protokołu HTTP mechanizm zwany Persistent Connection (RFC2616). Dla przykładu w serwerze Apache służy do tego dyrektywa KeepAlive, która jest domyślnie włączona. Również wszystkie przeglądarki implementują ten mechanizm.
Problem z Persistent Connection polega na tym, że o ile po stronie klient zasoby są raczej nie wykorzystywane maksymalnie, to po stronie serwera mechanizm ten zużywa bardzo dużo zasobów. Poza tym jak wynika z badań przeprowadzonych przez Google w 33% sytuacji mechanizm ten nie zdaje egzaminu. Wynika to z tego, jak obecnie złożone są strony internetowe i ze sposobu w jaki deweloperzy starają się przyśpieszyć ich ładowanie. Wiele serwisów korzysta z kilku równoległych połączeń, aby przyśpieszyć generowanie treści. Poza tym co raz popularniejsze urządzenia przenośne nie przechowują długo nieaktywnych połączeń z uwagi na mniejszą ilość zasobwów.
Persistent Connection to nie jedyny mechanizm przyśpieszenia protokołu HTTP, jest jeszcze HTTP Pipelining, o którym również pisałem wcześniej.
Pominąć 3WHS
Obecny standard TCP zezwala na wysyłanie danych wraz z pierwszym pakietem SYN, chociaż nie zezwala na wymianę danych przed zakończenie trójstopniowego połączenia. Dlatego postanowiono wykorzystać ten fakt i dodano do pakietu SYN tzw. prośbę o ciasteczko (cookie request) - przedstawia to schemat poniżej.
Gdy serwer otrzyma wraz z pakietem SYN prośbę o ciasteczko, wygeneruje je na podstawie adresu IP klienta i odeśle wraz z pakietem SYN, ACK. Klucz używany przez serwer do generowania ciasteczek jest zmieniany co jakiś czas ze względów bezpieczeństwa. Klient otrzymane ciasteczko przechowuje podobnie jak odpowiedzi serwera DNS, na przyszły użytek. Po rejestracji nowego klienta wymiana danych przebiega standardowo.
Korzyści zaczynają się wtedy, gdy ten sam klient ponownie wyśle zapytanie do serwera. Najpierw klient sprawdza, czy dysponuje ciasteczkiem dla danego serwera. Jeżeli takie posiada, to dołączy je i dane do pierwszego pakietu SYN. Serwer spostrzegając ciasteczko w pakiecie SYN przystępuje do jego weryfikacji. Są to podobno bardzo szybkie operacje szyfrowania, które mają minimalny wpływ na opóźnienia.
Prawidłowe ciasteczko sprawia, że serwer przekazuje dane z pakietu SYN do aplikacji, której wynik jest przesyłany z powrotem do klienta wraz z pakietem SYN, ACK. W ten sposób, w przypadku kolejnych zapytań, klient otrzymuje kod strony (w innym przypadku dane) w czasie jednego RTT, czyli pinga.
Ponad to serwer może zacząć wysyłać kolejne dane jeszcze przed otrzymania potwierdzenia, czyli ostatniego kroku 3WHS.
Gdyby nie mechanizm ciasteczek, można byłoby od razu przesyłać dane w pierwszym pakiecie SYN. Niestety, wtedy protokół TCP straciłby jedną ze swoich głównych zalet - stałby się niepodatny na fałszowanie adresu IP. Mimo konieczności generowania ciasteczek mechanizm ten nadal przyśpiesz połączenia (np. o 15% dla każdego kolejnego zapytania do google.com).
Implementacja
W każdym moim wpisie przychodzi czas na stwierdzenie, że GNU/Linux jest najlepszy :). W tym tekście ten czas przyszedł właśnie teraz. Przebrneliśmy przez tyle rzeczy tylko po to, abym znów mógł napisać, że Linux jest najlepszy. Właściwie czytanie tego tekstu można by rozpocząć od tego momentu, ale zapomniałem wspomnieć o tym na samym początku.
Tak więc, Linux jest obecnie pierwszym systemem, który będzie wspierał mechanizm TCP Fast Open. Do wersji jądra 3.6 dodano obsługę client-side, natomiast server-side została dodany do zbliżającej się wersji 3.7.
Obecnie TFO jest na poziomie wdrażania i testowania, istnieje propozycja standardu w IETF, co do której są oczekiwania, że w 2013 roku stanie się oficjalnym standardem. Na chwilę obecną trwają jeszcze rozważania nad propozycjami wdrożenia tego mechanizmu w przyszłości do innych systemów operacyjnych, zwłaszcza systemu Windows. Natomiast korzyści TFO będzie przynosił już niedługo, np. dla Google w samej serwerowni.
Zasoby:
"TCP Fast Open", CoNEXT 2011
"TCP Fast Open: expediting web services", lwn.net
"Let's make TCP faster", The Official Google Code blog
"Main development phase of Linux 3.7 completed", h-online.com
"How Google Wants to Make TCP Faster", readwrite.com
"How Google Wants to Make TCP Faster", readwrite.com
Internet Draft "TCP Fast Open", tools.ietf.org
Labels:
Google,
linux,
news,
open source,
TCP
Saturday, September 1, 2012
Energooszczędny i wydajny?
Właściwie ten post mógłby być zatytułowany "Dlaczego warto kupić iPada 2" mimo, iż nie jestem "fanem" Apple, ale po kolei. Wcześniej pisałem o procesorach na architekturze ARM, teraz napisze ogólnie o komputerach pod kątem energooszczędności.
Obecnie w wykorzystaniu powszechne są laptopy, netbooki, tablety i komputery stacjonarne. Za każdym rodzajem sprzętu idą specyficzne możliwości i upodobania. Jeszcze do niedawna używałem komputera stacjonarnego, od ok. roku przesiadłem się na laptop ze względu na wygodę (mam specjalny stolik, mogę z nim siedzieć na kanapie), jednak od pewnego czasu używam przeważnie iPada 2, dlaczego? Odpowiedź na to pytanie jest prosta, ponieważ ~80% czasu spędzam na czytaniu i wyszukiwania materiałów w internecie. Więc, tak naprawdę przez ten czas potrzebna jest mi zazwyczaj tylko przeglądarka, reszta niepotrzebnie rozprasza. Można to porównać do czytania gazety. Oczywiście nie zmierzam tu pisać o "erze" post-komputerów, o tym czy tablety zastąpią komputery, czy iOS jest lepszy od Androida i wielu innych..., ja skupiam się na stosunku wygody do ceny - czyli przeglądania sieci.
W tym przypadku cena składa się z dwóch części, co raz tańszego i lepszego sprzętu oraz, co raz droższej energii. Poza tym, w obliczu "powodzi" urządzeń oferujących dostęp do sieci w skali makro koszt energii staje się tym najważniejszym, zresztą również z punktu widzenia maszyn serwerowych. Dlatego ten tekst w połowie będzie również odpowiadał na pytanie jak zbudować energooszczędny serwer.
Rozwój urządzeń mobilnych poskutkował rozwojem wydajnych procesorów, które zużywają tak mało energii jak to tylko jest możliwe. Ponieważ ARM atakuje, Intel musi kontratakować. Ostatnio przeczytałem o jego nowych planach z procesorami Atom. Nowe modele mają być konkurencją dla procesorów Cortex i mają również być dedykowane dla platformy serwerowej [1].
Skoro jesteśmy już przy procesorach Intel Atom i Cortex to polecam przeczytać poniższy dokument. Może jest trochę przestarzały, ale jak na wstęp do tematu to w sam raz.
Zacznijmy od procesorów Intel Atom. Ostatnio wpadł mi w ręce netbook z procesorem Intel Atom N2600. Najciekawsze w tym procesorze jest to ile pobiera energii. Sprzęt kosztował ok. 1200 złotych (bez systemu).
Teraz zobaczymy jak to przekłada się na rzeczywistość, sprawdzimy za pomocą watomierza ile energii pobiera sprzęt z takim procesorem.
Z netbooka została wyjęta bateria, aby wynik uwzględniał tylko rzeczywiste zużycie energii, bez ładowania baterii. Na tym zdjęciu procesor obciążony jest na 18%, co jest wynikiem odpalenia wideo w przeglądarce, to większe obciążenie niż tylko czytanie tekstu, a sprzęt pobiera tylko 12.5 watów.
Dla porównania na kolejnym zdjęciu procesor obciążony jest na 66%, a pobór energii to 15.1 watów.
Teraz czas sprawdzić stan, w którym system nie wykonuje żadnych zadań.
Jak widzimy w takim stanie sprzęt pobiera tylko 10 watów. To dużo, czy mało?

Nie ma lepszej odpowiedzi na to pytanie niż wyniki pomiaru mojego komputera stacjonarnego. Jego procesor to Intel Core 2 Quad Q6600, który maksymalnie może pobierać 105 watów. Do tego dwa dyski, karta graficzna GeForce 8600 GTS i monitor 19".
Tak, przeciętny komputer stacjonarny zużywa powyżej 100 watów. Jak by tego było mało jest to stan, w którym nie robi nic cięższego od przeciętnego przeglądania sieci.
Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że nawet gdy jest wyłączony to razem z routerem WiFi pobiera prawie 8 watów (4.4W router, 1.5W monitor, 1.5W stacja). To prawie tyle co przedstawiany wcześniej netbook w tzw. stanie idle.
Tu należy się duża pochwała dla nowych modeli procesorów, zwłaszcza za integrację procesor graficznego, który dla większości użytkowników w zupełności wystarczy.
Laptop z którego piszę ten tekst to 13 calowy HP ProBook 4320s z procesorem i3-380M i wymienionym dyskiem na SSD. W przeciętnej pracy z siecią zużywa 17-27 watów, ale jak trzeba to odpali w 22s. Windows 7 na VirtualBox i nie będzie przy tym zużywał więcej niż 40 watów. W stanie bezczynności zużywa niespełna ~16 watów. Moc zasilacze to 65W. Prawdę mówiąc ten laptop jest wydajniejszy niż wspomniany wcześniej komputer stacjonarny z procesorem Q6600, a w niemal maksymalnym obciążeniu zużywa niespełna połowę tego, co PC-et podczas przeglądania sieci.
W przypadku komputera stacjonarnego istotna jest kwestia skuteczności zasilacza. W moim przypadku jest to dobrej klasy zasilacza 500W firmy PENTAGRAM, który na oferuje 84% skuteczności.
W sprzedaży dostępne są również płyty ITX z procesorami Intel Atom, na których można postawić serwer [2]. Taka płytka z dyskiem SSD może stanowić naprawdę energooszczędny serwer. Można też zrobić klaster z takich płytek.
Mimo iż netbook z procesorem Atom bije na głowę stacjonarny komputer to nie jest jeszcze urządzeniem najbardziej energooszczędnym do przeglądania sieci. Procesory ARM Cortex są jeszcze oszczędniejsze, dlatego wiąże się wiele nadziei z tą architekturą i już teraz testuje się ją w ramach energooszczędnych serwerów. W tej dziedzinie liczy się stosunek operacji na 1 wat, im więcej tym lepiej i taniej.
Na tym filmie cały klaster pobiera ponad 30 watów, ale jestem pewien, że wynika to z 3 przełączników, których używa. Zobacz również recenzję klastra z sześciu płytek PandaBoard na Phoronix [3].
PandaBoard to bardzo ciekawa płytka, w przeciwieństwie do innych, zwłaszcza Raspberry Pi, który oferuje tylko 256MB pamięci operacyjnej, co w przypadku web-servera mija się z celem. Poza tym w naszym kraju wcale nie jest taka tania, można kupić taniej płytę z procesorem Intel Atom, która pozwala podłączyć dużą ilość RAM-u i szybki, energooszczędny dysk SSD.
PandaBoard ES posiada 1GB RAM i dwurdzeniowy Cortex-A9, co sprawia, że wybrałbym ją, gdybym chciał stworzyć mały klaster web-server. PandaBoard ES jest super, ale ma jedną wadę - cene. W tym miejscu zaczyna się druga części tekstu, która odpowiada na pytanie, dlaczego warto kupić iPad 2.
Dlaczego warto kupić iPad 2
Ponieważ PandaBoard ES kosztuje prawie tyle co prezentowany netbook, czyli 1200 złotych, to należy wziąć pod uwagę, że potrzebujemy dokupić do niej zasilacz, kartę SD, co daje ok. kolejnych 200 zł., a gdzie ekran?
Natomiast iPad 2 ma podobny procesor A5, 512RAM i 16GB pamięci i podobną płytkę w środku - zobacz. Ponadto iPad 2 podczas przeciętnej pracy zużywa 2.5 watów! Teraz dołóżmy do tego baterię 25Wh i super ekran IPS. Obecnie iPad 2 można kupić już za 1700 złotych. Czy złożyłbyś za tą kwotę taki sprzęt z PandaBoard lub innej i jeszcze tak świetnie oprawiony? iPad 2 posiada ładowarkę 10W, a proces ładowania zajmuje ok. 4 godziny, co daje 40W przez godzinę. Powód dla którego lepiej nie kupować najnowszego iPada opisany jest w artykule Secrets Of The iPad 3. Chodzi o podwojenie mocy nowego iPada oraz o super wyświetlacz, przez co nowy iPad pobiera 5 watów i ładuje się ok. 8 godzin podczas, gdy do przeglądania sieci w zupełności wystarczy starszy model.
Oczywiście pozostaje jeszcze konkurencja iPada 2, ale to już kwestia upodobań, bo porządne tablety z Androidem wcale nie są tańsze od iPada 2. Polecam przeczytać Kupić nowego iPada, zapomnieć o Androidzie…
Teraz gdy już wiesz ile energii pobiera przeciętny komputer stacjonarny (ok. 100W), przeciętny laptop 15" (ok. 30W), przeciętny netbook (ok. 12W) i przeciętny tablet (ok. 3W) możesz policzyć ile możesz zaoszczędzić na energii biorąc pod uwagę ile czasu poświęcasz "tylko" na przeglądaniu sieci. O wygodzie nie wspomnę i nie ważne czy to będzie iPad 2, czy ASUS Eee Pad Transformer, najważniejsze że robimy to co chcieliśmy wygodniej i zużywamy tak mało energii jak to tylko możliwe.
Dla przykładu podam jeszcze, że 1.5W pobiera przeciętne urządzenie elektryczne podłączone do sieci.
[Dodano 01.11.2012]
PS. Osobiście wybrałem tablet Nexus 7. Nabyłem go jeszcze przed premierą w Polsce i jestem z niego zadowolony. Widocznie przyzwyczajenie do wolność nie pozwoliłoby mi kupić iPad :)
[Dodano styczeń 2013]
Nexus 7 okazał się za mały, wymieniłem go na Samsung Galaxy Tab 2 10.1. Ponieważ zostały już tylko białe (bo nikt ich nie chciał), więc wziąłem biały i wcale tego nie żałuje. Śmiało mogę powiedzieć, że ten tablet to najlepsza proporcja pomiędzy jakością, ceną i Androidem.
1 New quad-core Intel Atom SoCs target PCs, servers, and tablets
2 Intel DN2800MT
3 12-Core ARM Cluster Benchmarked Against Intel Atom, Ivy Bridge, AMD Fusion
Pozostałe ciekawe dokumenty:
Electrical Engineering and Computer Sciences University of California at Berkeley
Low-Power High Performance Computing
Obecnie w wykorzystaniu powszechne są laptopy, netbooki, tablety i komputery stacjonarne. Za każdym rodzajem sprzętu idą specyficzne możliwości i upodobania. Jeszcze do niedawna używałem komputera stacjonarnego, od ok. roku przesiadłem się na laptop ze względu na wygodę (mam specjalny stolik, mogę z nim siedzieć na kanapie), jednak od pewnego czasu używam przeważnie iPada 2, dlaczego? Odpowiedź na to pytanie jest prosta, ponieważ ~80% czasu spędzam na czytaniu i wyszukiwania materiałów w internecie. Więc, tak naprawdę przez ten czas potrzebna jest mi zazwyczaj tylko przeglądarka, reszta niepotrzebnie rozprasza. Można to porównać do czytania gazety. Oczywiście nie zmierzam tu pisać o "erze" post-komputerów, o tym czy tablety zastąpią komputery, czy iOS jest lepszy od Androida i wielu innych..., ja skupiam się na stosunku wygody do ceny - czyli przeglądania sieci.
W tym przypadku cena składa się z dwóch części, co raz tańszego i lepszego sprzętu oraz, co raz droższej energii. Poza tym, w obliczu "powodzi" urządzeń oferujących dostęp do sieci w skali makro koszt energii staje się tym najważniejszym, zresztą również z punktu widzenia maszyn serwerowych. Dlatego ten tekst w połowie będzie również odpowiadał na pytanie jak zbudować energooszczędny serwer.
Rozwój urządzeń mobilnych poskutkował rozwojem wydajnych procesorów, które zużywają tak mało energii jak to tylko jest możliwe. Ponieważ ARM atakuje, Intel musi kontratakować. Ostatnio przeczytałem o jego nowych planach z procesorami Atom. Nowe modele mają być konkurencją dla procesorów Cortex i mają również być dedykowane dla platformy serwerowej [1].
Skoro jesteśmy już przy procesorach Intel Atom i Cortex to polecam przeczytać poniższy dokument. Może jest trochę przestarzały, ale jak na wstęp do tematu to w sam raz.
Zacznijmy od procesorów Intel Atom. Ostatnio wpadł mi w ręce netbook z procesorem Intel Atom N2600. Najciekawsze w tym procesorze jest to ile pobiera energii. Sprzęt kosztował ok. 1200 złotych (bez systemu).
Teraz zobaczymy jak to przekłada się na rzeczywistość, sprawdzimy za pomocą watomierza ile energii pobiera sprzęt z takim procesorem.
Z netbooka została wyjęta bateria, aby wynik uwzględniał tylko rzeczywiste zużycie energii, bez ładowania baterii. Na tym zdjęciu procesor obciążony jest na 18%, co jest wynikiem odpalenia wideo w przeglądarce, to większe obciążenie niż tylko czytanie tekstu, a sprzęt pobiera tylko 12.5 watów.
Dla porównania na kolejnym zdjęciu procesor obciążony jest na 66%, a pobór energii to 15.1 watów.
Teraz czas sprawdzić stan, w którym system nie wykonuje żadnych zadań.
Jak widzimy w takim stanie sprzęt pobiera tylko 10 watów. To dużo, czy mało?

Nie ma lepszej odpowiedzi na to pytanie niż wyniki pomiaru mojego komputera stacjonarnego. Jego procesor to Intel Core 2 Quad Q6600, który maksymalnie może pobierać 105 watów. Do tego dwa dyski, karta graficzna GeForce 8600 GTS i monitor 19".
Tak, przeciętny komputer stacjonarny zużywa powyżej 100 watów. Jak by tego było mało jest to stan, w którym nie robi nic cięższego od przeciętnego przeglądania sieci.
Jako ciekawostkę warto wspomnieć, że nawet gdy jest wyłączony to razem z routerem WiFi pobiera prawie 8 watów (4.4W router, 1.5W monitor, 1.5W stacja). To prawie tyle co przedstawiany wcześniej netbook w tzw. stanie idle.
Tu należy się duża pochwała dla nowych modeli procesorów, zwłaszcza za integrację procesor graficznego, który dla większości użytkowników w zupełności wystarczy.
Laptop z którego piszę ten tekst to 13 calowy HP ProBook 4320s z procesorem i3-380M i wymienionym dyskiem na SSD. W przeciętnej pracy z siecią zużywa 17-27 watów, ale jak trzeba to odpali w 22s. Windows 7 na VirtualBox i nie będzie przy tym zużywał więcej niż 40 watów. W stanie bezczynności zużywa niespełna ~16 watów. Moc zasilacze to 65W. Prawdę mówiąc ten laptop jest wydajniejszy niż wspomniany wcześniej komputer stacjonarny z procesorem Q6600, a w niemal maksymalnym obciążeniu zużywa niespełna połowę tego, co PC-et podczas przeglądania sieci.
W przypadku komputera stacjonarnego istotna jest kwestia skuteczności zasilacza. W moim przypadku jest to dobrej klasy zasilacza 500W firmy PENTAGRAM, który na oferuje 84% skuteczności.
W sprzedaży dostępne są również płyty ITX z procesorami Intel Atom, na których można postawić serwer [2]. Taka płytka z dyskiem SSD może stanowić naprawdę energooszczędny serwer. Można też zrobić klaster z takich płytek.
Mimo iż netbook z procesorem Atom bije na głowę stacjonarny komputer to nie jest jeszcze urządzeniem najbardziej energooszczędnym do przeglądania sieci. Procesory ARM Cortex są jeszcze oszczędniejsze, dlatego wiąże się wiele nadziei z tą architekturą i już teraz testuje się ją w ramach energooszczędnych serwerów. W tej dziedzinie liczy się stosunek operacji na 1 wat, im więcej tym lepiej i taniej.
Na tym filmie cały klaster pobiera ponad 30 watów, ale jestem pewien, że wynika to z 3 przełączników, których używa. Zobacz również recenzję klastra z sześciu płytek PandaBoard na Phoronix [3].
PandaBoard to bardzo ciekawa płytka, w przeciwieństwie do innych, zwłaszcza Raspberry Pi, który oferuje tylko 256MB pamięci operacyjnej, co w przypadku web-servera mija się z celem. Poza tym w naszym kraju wcale nie jest taka tania, można kupić taniej płytę z procesorem Intel Atom, która pozwala podłączyć dużą ilość RAM-u i szybki, energooszczędny dysk SSD.
PandaBoard ES posiada 1GB RAM i dwurdzeniowy Cortex-A9, co sprawia, że wybrałbym ją, gdybym chciał stworzyć mały klaster web-server. PandaBoard ES jest super, ale ma jedną wadę - cene. W tym miejscu zaczyna się druga części tekstu, która odpowiada na pytanie, dlaczego warto kupić iPad 2.
Dlaczego warto kupić iPad 2
Ponieważ PandaBoard ES kosztuje prawie tyle co prezentowany netbook, czyli 1200 złotych, to należy wziąć pod uwagę, że potrzebujemy dokupić do niej zasilacz, kartę SD, co daje ok. kolejnych 200 zł., a gdzie ekran?
Natomiast iPad 2 ma podobny procesor A5, 512RAM i 16GB pamięci i podobną płytkę w środku - zobacz. Ponadto iPad 2 podczas przeciętnej pracy zużywa 2.5 watów! Teraz dołóżmy do tego baterię 25Wh i super ekran IPS. Obecnie iPad 2 można kupić już za 1700 złotych. Czy złożyłbyś za tą kwotę taki sprzęt z PandaBoard lub innej i jeszcze tak świetnie oprawiony? iPad 2 posiada ładowarkę 10W, a proces ładowania zajmuje ok. 4 godziny, co daje 40W przez godzinę. Powód dla którego lepiej nie kupować najnowszego iPada opisany jest w artykule Secrets Of The iPad 3. Chodzi o podwojenie mocy nowego iPada oraz o super wyświetlacz, przez co nowy iPad pobiera 5 watów i ładuje się ok. 8 godzin podczas, gdy do przeglądania sieci w zupełności wystarczy starszy model.
Oczywiście pozostaje jeszcze konkurencja iPada 2, ale to już kwestia upodobań, bo porządne tablety z Androidem wcale nie są tańsze od iPada 2. Polecam przeczytać Kupić nowego iPada, zapomnieć o Androidzie…
Teraz gdy już wiesz ile energii pobiera przeciętny komputer stacjonarny (ok. 100W), przeciętny laptop 15" (ok. 30W), przeciętny netbook (ok. 12W) i przeciętny tablet (ok. 3W) możesz policzyć ile możesz zaoszczędzić na energii biorąc pod uwagę ile czasu poświęcasz "tylko" na przeglądaniu sieci. O wygodzie nie wspomnę i nie ważne czy to będzie iPad 2, czy ASUS Eee Pad Transformer, najważniejsze że robimy to co chcieliśmy wygodniej i zużywamy tak mało energii jak to tylko możliwe.
Dla przykładu podam jeszcze, że 1.5W pobiera przeciętne urządzenie elektryczne podłączone do sieci.
[Dodano 01.11.2012]
PS. Osobiście wybrałem tablet Nexus 7. Nabyłem go jeszcze przed premierą w Polsce i jestem z niego zadowolony. Widocznie przyzwyczajenie do wolność nie pozwoliłoby mi kupić iPad :)
[Dodano styczeń 2013]
Nexus 7 okazał się za mały, wymieniłem go na Samsung Galaxy Tab 2 10.1. Ponieważ zostały już tylko białe (bo nikt ich nie chciał), więc wziąłem biały i wcale tego nie żałuje. Śmiało mogę powiedzieć, że ten tablet to najlepsza proporcja pomiędzy jakością, ceną i Androidem.
1 New quad-core Intel Atom SoCs target PCs, servers, and tablets
2 Intel DN2800MT
3 12-Core ARM Cluster Benchmarked Against Intel Atom, Ivy Bridge, AMD Fusion
Pozostałe ciekawe dokumenty:
Electrical Engineering and Computer Sciences University of California at Berkeley
Low-Power High Performance Computing
Wednesday, August 15, 2012
SELinux dla zwykłych śmiertelników - wideo z Red Hat Summit 2012
Temat SELinux poruszany jest coraz częściej na wszelkiego typu konferencjach. Zawsze chodzi o to samo, aby przekonać administratorów, że SELinux nie jest taki straszny i nie "wyłączajcie go".
Sesje prowadzi Thomas Cameron, wspomina również, że w dobraniu "życiowych" przykładów pomagał mu Dan Walsh. Thomas prezentacje poprowadził świetnie, bardzo zabawnie, szczerze to nie pamiętam innej prezentacji na temat SELinux, przy której bym się tak uśmiał.
Sesje prowadzi Thomas Cameron, wspomina również, że w dobraniu "życiowych" przykładów pomagał mu Dan Walsh. Thomas prezentacje poprowadził świetnie, bardzo zabawnie, szczerze to nie pamiętam innej prezentacji na temat SELinux, przy której bym się tak uśmiał.
Sunday, August 12, 2012
Opłacalność otwartości
Jeżeli czytasz ten tekst, to prawdopodobnie jesteś użytkownikiem oprogramowania open source. Być może trafiłeś tu, bo wyszukiwałeś/aś informacji na temat praw autorskich i wcale nie używasz systemu GNU/Linux. Tak czy inaczej na pewno wiesz czym jest open source i licencja GNU GPL.
Idea otwartości odniosła sukces w dziedzinie oprogramowania komputerowego, na jej efektach obecnie opiera się cały Internet. Twórcą tej ideii jest Richard Stallman, który wymyślił to już prawie 30 lat temu (1983) i co najważniejsze ok. 10 lat przed komercjalizacją Internetu. Dziś Stallman często uznawany jest za śmiesznego gościa, który wygłasza swoje kontrowersyjne opinie, aby zwrócić na siebie uwagę. Mało kto wie, że jest on naukowcem, który po studiach pracował jako programista w oddziale MIT zajmującym się sztuczną inteligencją. Jeżeli jesteś programistą lub kiedykolwiek miałeś styczność z programowaniem, to przydałoby się wspomnieć, że Stallman oprócz stworzenia licencji GPL i założenia Free Software Foundation napisał również kompilator języka C w ramach umożliwienia dalszego rozwoju dla open source. Więc spróbuj napisać kompilator.
O open source w oprogramowaniu mógłbym pisać długo i ciekawie, ale ten tekst będzie o czymś innym. Sukces otwartego kodu zaczyna przyciągać inne dziedziny twórczości. Skoro otwartość przetrwała 30 lat, nadal się rozwija, a wielkie firmy informatyczne muszą udzielać się w otwartych projektach, to musi w tym "coś" być.
Ogólnie panuje przekonanie, że jeżeli coś jest dobre i cenne, to możesz na tym zarobić. Tutaj pojawia się problem, użytkownicy często uważają, że coś jest za drogie, bo autor chce na tym zarobić fortunę. Czasami mają rację, ale zazwyczaj wysoka cena nie jest skutkiem chciwości autorów.
Tradycyjny model wydawniczy wygląda następująco. Załóżmy, że potrafisz robić coś fajnego i wiesz, że mógłbyś na tym zarabiać. Jednak sprzedaż wcale nie występuje na początku. Musisz się zareklamować, na dodatek trzeba przekonać do tego wyboru ludzi. Sam jako 'one person' nie masz szans przekonać masy ludzi, że twoja twórczość jest lepsza niż to co obecnie jest najpopularniejsze w swojej dziedzinie. Potrzebujesz kogoś, kto to wypromuje, tym kimś są wielkie wydawnictwa. Tylko one mogą sprawić, że coś będzie modne i cenione. Problem polega na tym, że oni na pośrednictwie chcą zarobić więcej niż Ty na swojej twórczość. Może o tym nie wiesz, ale twórcy należą do wąskiego grona osób, które zarabiają najmniej w tym biznesie. Często mówi się, że opłaca im się to tylko dzięki reklamom, gdyby nie one to wydawanie byłoby nieopłacalne, ale to nie jest prawdą. Stara zasada mówi, że jeżeli uda Ci się zgromadzić wielu ludzi w jednym miejscu to można im sprzedać reklamę, a ta jest bardzo dochodowa.
Zapewne już zadajesz sobie pytanie jak można ominąć pośredników i dotrzeć bezpośrednio do klientów. Jedną z takich dróg jest rozdawanie swojej twórczość za darmo! Wiem, brzmi to śmiesznie ale jak pisałem na początku o open source coś w tym jednak jest. Takie podejście zazwyczaj jest wyśmiewane, ale z drugiej strony jak logiczne pomyśleć o obecnym modelu dystrybucji swoich prac to wygląda to mniej więcej tak: stworzyłeś coś i chcesz z tym dotrzeć do ludzi, którym się spodoba, a jednocześnie starasz się im ograniczać dostęp do swojego dzieła, dopóki nie zapłacą.
Opracowanie "The Power of Open" stara się wyjaśnić na czym polega licencja Creative Commons (CC) i potęga otwartość. Z licencją Creative Commons nie jako miałem do czynienia dodając wpisy na Wikipedii i pisząc na Wikibooks. Jednak rozwijanie otwartych zasobów, a udostępnianie czegoś, co mógłbyś sprzedać to co innego.
Licencja CC została opracowana jako uniwersalna dla materiałów publikowanych w sieci. Ma być nowym wyznacznikiem praw autorskich w cyfrowej rzeczywistości jaką jest Internet.
Postaram się zaprezentować najciekawsze fragmenty tej publikacji w celu zrozumienia korzyści jakie daje licencja CC.
Historia Niny Paley, nowojorskiej reżyserki (strona 12-ta)
Teraz chyba najlepszy cytat jaki znalazłem.
Druga najważniejsza korzyść, to możliwość wybicia się bez inwestowania olbrzymich kosztów, tu walutą jest twoja praca. Udostępnienie swojej twórczość jest czasami jedynym sposobem na zaistnieje w swoim fachu.
Historia Frances Pinter, londyńskiego wydawcy (strona 20-ta)
Najpowszechniejszą formą twórczość w Internecie jest tekst.
Znam doskonały przykład takiej książki, która jest dostępna za darmo w wersji elektronicznej (wer. ang.) na stronie autora, a mimo to odniosła sukces i kupiło ją wiele osób, w tym ja. Sam autor wspomina o tym w przedmowie, nie stery nie mogę jej zacytować, bo jest to zabronione, ale przełożę to na własne słowa.
Autor pisze, iż dostawał wiele wiadomości typu "Udostępniłeś ją za darmo, dlaczego ktoś miałby ją teraz kupować?". Udostępnił ją bo jak pisze, chciał aby była wyjątkowa i nie miał pojęcia co się stanie. Okazało się jednak że była to "najsprytniejsza" rzecz jaką zrobił. Ludzie zaczęli wysyłać poprawki, które w innym wypadku autor najzwyczajniej by przeoczył. Zebrał wiele sugestii i większość z nich wprowadził do kolejnych wydań. Ludzie okazali się "wspaniali", w ramach samowolnej współpracy poświęcali swój czas, aby ulepszyć książkę. Później padały stwierdzenia, "To miłe, że udostępniasz wersję elektroniczną, ale i tak wolę wersję wydrukowaną i oprawiona". Wydrukowanie całej książki na drukarce laserowej wcale nie jest tanie, a już na pewno nie jest wygodne.
Jako podsumowanie całego eksperymentu jeden z czytelników napisał do autora, iż taka forma powinna się stać standardem w wydawnictwie. Najpierw książki miałyby być udostępniane w sieci, a w przypadku dużego zainteresowania byłyby wydawane w formie papierowej. Książka otrzymała wiele nagród, dobrze się sprzedawała, a nawet swego czasu była bestsellerem, aczkolwiek mi aż tak nie przypadła do gustu.
Bruce Eckel udostępniając swoją książkę w sieci zafundował sobie bezpłatną promocję i pomoc w udoskonalaniu kolejnych wydań. W sieci nadal udostępnia poprzednie wydania, a sprzedaje obecne. Zauważ, że właśnie przeczytałeś promocję. o której byłą mowa wcześnie, a to dlatego, że książka została udostępniona za darmo w sieci. Inaczej nie napisałbym tu o niej.
Historia Khana (strona 30-ta)
To moja ulubiona historia, dlatego przytoczę ja w całości:
To nie wszystkie historii, zachęcam do przeczytania "The Power of Open".
Licencja CC jest wolną licencją, jak z cytatu wynika, normalnie trzeba by było za nią zapłacić! Licencja ta istnieje od 2002 roku i tworzy ją organizacja non-profit Creative Commons. Jej założeniem jest opracowanie licencji na zasadzie "niektóre prawa zastrzeżone" i co najważniejsze, to uzyskanie zgodność z prawem większości państw. Dlatego jest ona przekładana na języki w zgodzie z prawami autorskimi innych krajów. W Polsce jest dostępna od 2005 roku (http://creativecommons.pl).
Uznanie autorstwa.
Można prawie wszystko tylko trzeba podać nazwę autora.
Użycie niekomercyjne.
Nie wolno używać w zastosowaniach komercyjnych.
Bez utworów zależnych.
Nie wolno przekształcać utworu, musi być zachowana oryginalna postać. Np. nie można tworzyć tłumaczeń!
Na tych samych warunkach.
![]() |
| Richard Stallman (autor Victor Powell) |
O open source w oprogramowaniu mógłbym pisać długo i ciekawie, ale ten tekst będzie o czymś innym. Sukces otwartego kodu zaczyna przyciągać inne dziedziny twórczości. Skoro otwartość przetrwała 30 lat, nadal się rozwija, a wielkie firmy informatyczne muszą udzielać się w otwartych projektach, to musi w tym "coś" być.
Ogólnie panuje przekonanie, że jeżeli coś jest dobre i cenne, to możesz na tym zarobić. Tutaj pojawia się problem, użytkownicy często uważają, że coś jest za drogie, bo autor chce na tym zarobić fortunę. Czasami mają rację, ale zazwyczaj wysoka cena nie jest skutkiem chciwości autorów.
Tradycyjny model wydawniczy wygląda następująco. Załóżmy, że potrafisz robić coś fajnego i wiesz, że mógłbyś na tym zarabiać. Jednak sprzedaż wcale nie występuje na początku. Musisz się zareklamować, na dodatek trzeba przekonać do tego wyboru ludzi. Sam jako 'one person' nie masz szans przekonać masy ludzi, że twoja twórczość jest lepsza niż to co obecnie jest najpopularniejsze w swojej dziedzinie. Potrzebujesz kogoś, kto to wypromuje, tym kimś są wielkie wydawnictwa. Tylko one mogą sprawić, że coś będzie modne i cenione. Problem polega na tym, że oni na pośrednictwie chcą zarobić więcej niż Ty na swojej twórczość. Może o tym nie wiesz, ale twórcy należą do wąskiego grona osób, które zarabiają najmniej w tym biznesie. Często mówi się, że opłaca im się to tylko dzięki reklamom, gdyby nie one to wydawanie byłoby nieopłacalne, ale to nie jest prawdą. Stara zasada mówi, że jeżeli uda Ci się zgromadzić wielu ludzi w jednym miejscu to można im sprzedać reklamę, a ta jest bardzo dochodowa.
Zapewne już zadajesz sobie pytanie jak można ominąć pośredników i dotrzeć bezpośrednio do klientów. Jedną z takich dróg jest rozdawanie swojej twórczość za darmo! Wiem, brzmi to śmiesznie ale jak pisałem na początku o open source coś w tym jednak jest. Takie podejście zazwyczaj jest wyśmiewane, ale z drugiej strony jak logiczne pomyśleć o obecnym modelu dystrybucji swoich prac to wygląda to mniej więcej tak: stworzyłeś coś i chcesz z tym dotrzeć do ludzi, którym się spodoba, a jednocześnie starasz się im ograniczać dostęp do swojego dzieła, dopóki nie zapłacą.
![]() |
| Okładka "The Power of Open" |
Licencja CC została opracowana jako uniwersalna dla materiałów publikowanych w sieci. Ma być nowym wyznacznikiem praw autorskich w cyfrowej rzeczywistości jaką jest Internet.
Postaram się zaprezentować najciekawsze fragmenty tej publikacji w celu zrozumienia korzyści jakie daje licencja CC.
Historia Niny Paley, nowojorskiej reżyserki (strona 12-ta)
W 2008 roku publikacja wyprodukowanego przez nią animowanego filmu “Sita Sings the Blues" opóźniła się ze względu na zaporowy koszt licencji kilku 80-dziesięcioletnich piosenek mało znanej piosenkarki Annette Hanshaw. „Kiedy mój film był w dalszym ciągu nielegalny, a koszty prawników i licencji pochłaniały olbrzymie pieniądze, zażartowałam że jeśli film byłby za darmo, mogłabym przynajmniej sprzedawać T-shirty”, wspomina Paley. Ta idea zaczęła kiełkować w jej głowie i Paley zaczęła szukać informacji na temat ludzi, którzy rozprowadzali darmowe oprogramowanie. “Zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę pieniądze pochodzą z materiałów promocyjnych i dobrowolnego wsparcia fanów", mówi Paley.Jak widać idea otwartości czasami rodzi się z żenady.
Teraz chyba najlepszy cytat jaki znalazłem.
Nigdy nie zarabiałam tyle pieniędzy, co po rozpoczęciu wykorzystywania licencji Creative Commons. Dzięki temu mam wyższe notowania. Nic nie wydaję na promocję. Moi fani robią to za mnie i kupują materiały promocyjne. Dzielenie się pozwoliło mi zaistnieć.Są tu zawarte dwa najistotniejsze aspekty otwartość. Pierwszy to promocja. Jeżeli udostępnisz swoje dzieło nieodpłatne dla użytku niekomercyjnego i ludziom to się spodoba, to sami na zasadzie rekomendacji rozreklamują twój produkt. Będzie o nim wiedziało dużo osób, a jego popularność będzie potwierdzała jego jakość. Prawdopodobnie ktoś może będzie chciał go użyć w swoich komercyjnych usługach i wtedy zapłaci dla Ciebie za jego wykorzystanie. Zauważ, że taki mechanizm nie pozwoli wypromować słabej jakość produktów, tak jak mogą to uczynić reklamy.
Druga najważniejsza korzyść, to możliwość wybicia się bez inwestowania olbrzymich kosztów, tu walutą jest twoja praca. Udostępnienie swojej twórczość jest czasami jedynym sposobem na zaistnieje w swoim fachu.
Historia Frances Pinter, londyńskiego wydawcy (strona 20-ta)
Najpowszechniejszą formą twórczość w Internecie jest tekst.
Wydawcy martwią się, że udostępniając zawartość za darmo piłują gałąź, na której siedzą, zmniejszając sprzedaż drukowanych egzemplarzy, wierzymy jednakże, że w przypadku pewnych typów książek, bezpłatna oferta promuje druk.
![]() |
| Thinking in Java, 3rd Edition http://www.mindview.net/Books/TIJ/ |
Autor pisze, iż dostawał wiele wiadomości typu "Udostępniłeś ją za darmo, dlaczego ktoś miałby ją teraz kupować?". Udostępnił ją bo jak pisze, chciał aby była wyjątkowa i nie miał pojęcia co się stanie. Okazało się jednak że była to "najsprytniejsza" rzecz jaką zrobił. Ludzie zaczęli wysyłać poprawki, które w innym wypadku autor najzwyczajniej by przeoczył. Zebrał wiele sugestii i większość z nich wprowadził do kolejnych wydań. Ludzie okazali się "wspaniali", w ramach samowolnej współpracy poświęcali swój czas, aby ulepszyć książkę. Później padały stwierdzenia, "To miłe, że udostępniasz wersję elektroniczną, ale i tak wolę wersję wydrukowaną i oprawiona". Wydrukowanie całej książki na drukarce laserowej wcale nie jest tanie, a już na pewno nie jest wygodne.
Jako podsumowanie całego eksperymentu jeden z czytelników napisał do autora, iż taka forma powinna się stać standardem w wydawnictwie. Najpierw książki miałyby być udostępniane w sieci, a w przypadku dużego zainteresowania byłyby wydawane w formie papierowej. Książka otrzymała wiele nagród, dobrze się sprzedawała, a nawet swego czasu była bestsellerem, aczkolwiek mi aż tak nie przypadła do gustu.
Bruce Eckel udostępniając swoją książkę w sieci zafundował sobie bezpłatną promocję i pomoc w udoskonalaniu kolejnych wydań. W sieci nadal udostępnia poprzednie wydania, a sprzedaje obecne. Zauważ, że właśnie przeczytałeś promocję. o której byłą mowa wcześnie, a to dlatego, że książka została udostępniona za darmo w sieci. Inaczej nie napisałbym tu o niej.
Historia Khana (strona 30-ta)
To moja ulubiona historia, dlatego przytoczę ja w całości:
Salman Khan zarządzał funduszem hedgingowym w Bostonie, kiedy w 2004 roku zaczął udzielać wirtualnych korepetycji swojej 12-letniej kuzynce w Nowym Orleanie z pomocą serwisu Yahoo! Doodle. Ponieważ lekcje się jej spodobały, zaczął wrzucać je na Youtube, aby inni mogli z nich skorzystać. W ciągu dwóch lat jego filmiki zyskały taką oglądalność, że Khan zarejestrował organizację non-profit, rzucił pracę i postanowił produkować krótkie filmy edukacyjne na pełen etat.
Khan robi wszystkie filmy sam i publikuje je na licencji Creative Commons BY-NC-SA. Obecnie Akademia Khana ma w swoich zasobach ponad 1600 filmów oświatowych, które uczą ponad milion unikatowych użytkowników miesięcznie wszystkiego, od chemii przez algebrę po przyczyny kryzysu na rynku mieszkaniowym. Khan nie ma wykształcenia pedagogicznego, a mimo tego jego materiały są chętnie wykorzystywane, także poza granicami kraju - 40% jego widzów to cudzoziemcy. Akademia Khana jest organizacją non-profit, finansowaną głównie z dotacji i rozwija się każdego roku zwiększając po trzykroć swoje zasoby. Niedawne wsparcie z Fundacji Gatesa pozwoliło powiększyć liczbę pracowników do sześciu osób, a słowa poparcia ze strony Billa Gatesa znacznie podniosły rangę Akademii.
Khan nie przestaje dostawać codziennie listów od gimnazjalistów, studentów i dorosłych, którzy opowiadają mu z entuzjazmem o dobrych ocenach i wiedzy zdobytej dzięki Akademii. Filmy są dostępne za darmo, można je remiksować i udostępniać innym, więc ludzie tłumaczą je na inne języki, a część lekcji rozchodzi się po świecie w tempie niemal natychmiastowym.
„Wszystko wskazuje na to, że te materiały są zdecydowanie lepsze niż to, co wielu uczniów dostaje w szkole” , mówi Khan. „A najwspanialszą rzeczą jest to, że nawet gdybym został jutro potrącony przez autobus, to nadal będę uczyć milion osób rocznie. Trzeba dbać o skalę swoich działań, dziś i w przyszłości, także po śmierci”.
Co sprawiło, że facet z bardzo porządną pensją w funduszu hedgingowym rzucił pracę zarobkową, aby robić filmy na Youtube? „Dostałem kiedyś list od pewnego studenta”, mówi Khan. „Jego rodzina była biedna i nikomu z nich jeszcze się nie udało skończyć studiów, a na dodatek nienawidził matmy. Potem natknął się na filmik Akademii Khana. Oglądał go całe lato przed testami kwalifikacyjnymi i odpowiedział prawidłowo na wszystkie pytania. To się jeszcze nigdy nie zdarzyło się na tym kierunku, a on skończył dzięki temu studia z wyróżnieniem. Z tego właśnie powodu rzuciłem pracę”.Zostały już przetłumaczone pierwsze materiały edukacyjne Akademii Khana na język polski przez Centrum Fizyki Teoretycznej PAN. Dostępne są na oficjalnym kanale YouTube.
To nie wszystkie historii, zachęcam do przeczytania "The Power of Open".
"Jako pisarza bardziej martwi mnie zapomnienie niż piractwo."Licencje Creative Commons
Cory Doctorow
"Zamiast opracowywać własny zestaw zezwoleń, uniwersytet zaoszczędził sporo na opłatach za usługi prawne wybierając licencje CC.”
Licencja CC jest wolną licencją, jak z cytatu wynika, normalnie trzeba by było za nią zapłacić! Licencja ta istnieje od 2002 roku i tworzy ją organizacja non-profit Creative Commons. Jej założeniem jest opracowanie licencji na zasadzie "niektóre prawa zastrzeżone" i co najważniejsze, to uzyskanie zgodność z prawem większości państw. Dlatego jest ona przekładana na języki w zgodzie z prawami autorskimi innych krajów. W Polsce jest dostępna od 2005 roku (http://creativecommons.pl).
Creative Commons oferuje kilka stopni zezwoleń, przedstawię je pokrótce:
![]() |
| Attribution (by) |
Uznanie autorstwa.
Można prawie wszystko tylko trzeba podać nazwę autora.
![]() |
| Noncommercial (nc) |
Użycie niekomercyjne.
Nie wolno używać w zastosowaniach komercyjnych.
![]() |
| No Derivative Works (nd) |
Bez utworów zależnych.
Nie wolno przekształcać utworu, musi być zachowana oryginalna postać. Np. nie można tworzyć tłumaczeń!
![]() |
| Share-alike (sa) |
Na tych samych warunkach.
Utwory zależne muszą być udostępniane na tych samych warunkach.
Dokładniejsze wyjaśnienia dostępne są na stronie Polskiego oddziału Creative Commons.
Zmiany w prawach autorskich
Po wydarzeniach związanych z ACTA i debacie politycznej Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji (MAC) powołało zespoły eksperckie pracujące nad zmianami w prawie autorskim, które miałby przystosować aktualne przepisy do nowej "kultury Internetowej".
Jednym z najciekawszych postulatów jest "Dozwolony użytek osobisty". Chodzi w nim o to, aby zalegalizować dozwolony użytek treści cyfrowych rozpowszechnianych w Internecie. Padło również stwierdzenie "domniemania legalności utworów udostępnionych w sieci".
Kolejnym postulatem, który zmierza w tym kierunku jest "Pojęcia „kopii” i „egzemplarza” oraz dozwolony użytek publiczny". Chodzi o to, aby słowo kopia przypisać do treści cyfrowych w Internecie i nadać inną postać prawną.
Wszystko to po to, aby przepisy prawa miały odzwierciedlenie w rzeczywistości. Nie trudno również dostrzec, że proponowane zmiany mają nadać odpowiedni kształt prawny dla nowo tworzonej kultury cyfrowej, której pierwsze ramy określiła licencje Creative Commons.
Oczywiście opisane postulaty sieją wiele kontrowersji i nie wszystkim się podobają. Więcej informacji można znaleźć na stronie MAC.
Dokładniejsze wyjaśnienia dostępne są na stronie Polskiego oddziału Creative Commons.
Zmiany w prawach autorskich
Po wydarzeniach związanych z ACTA i debacie politycznej Ministerstwo Administracji i Cyfryzacji (MAC) powołało zespoły eksperckie pracujące nad zmianami w prawie autorskim, które miałby przystosować aktualne przepisy do nowej "kultury Internetowej".
Jednym z najciekawszych postulatów jest "Dozwolony użytek osobisty". Chodzi w nim o to, aby zalegalizować dozwolony użytek treści cyfrowych rozpowszechnianych w Internecie. Padło również stwierdzenie "domniemania legalności utworów udostępnionych w sieci".
Kolejnym postulatem, który zmierza w tym kierunku jest "Pojęcia „kopii” i „egzemplarza” oraz dozwolony użytek publiczny". Chodzi o to, aby słowo kopia przypisać do treści cyfrowych w Internecie i nadać inną postać prawną.
Wszystko to po to, aby przepisy prawa miały odzwierciedlenie w rzeczywistości. Nie trudno również dostrzec, że proponowane zmiany mają nadać odpowiedni kształt prawny dla nowo tworzonej kultury cyfrowej, której pierwsze ramy określiła licencje Creative Commons.
Oczywiście opisane postulaty sieją wiele kontrowersji i nie wszystkim się podobają. Więcej informacji można znaleźć na stronie MAC.
Subscribe to:
Posts (Atom)














